Wózek inwalidzki to mój stały towarzysz od ośmiu lat. Wjechałem na nim do nowego mieszkania, na osiedle za miastem, windą na trzecie piętro i tak już zostało. Wypadek na budowie. Padało, rusztowanie puściło, ja poleciałem w dół, a kręgosłup został gdzieś na wysokości drugiego piętra. Miałem wtedy trzydzieści jeden lat, teraz mam trzydzieści dziewięć. Przez pierwsze trzy lata nie chciałem żyć. Przez kolejne dwa uczyłem się żyć na nowo. A od roku… od roku mam coś w rodzaju pracy. Tylko że to nie jest zwykła robota.
Zaczęło się od nudy. Siedzisz w domu, Netflix już przejrzany, seriale poznałeś do przodu i do tyłu, a scrollowanie Facebooka mija się z celem, bo wszyscy wstawiają zdjęcia z wakacji. A ty nie możesz pojechać na wakacje, bo winda w twoim bloku ma sto dwadzieścia centymetrów szerokości, a twój wózek sto trzydzieści. I tak to działa. Przypadkiem, naprawdę przypadkiem, trafiłem na grupę w VK. Ktoś wrzucił link, jakaś znajoma z dawnych lat, która mieszka teraz w Sankt Petersburgu. Pisała, że wkręciła się w nową platformę i że można tam ograć system. Pomyślałem: „Stary, nie masz nic do stracenia”. No i zainstalowałem aplikacja vavada. Nawet nie wiem, dlaczego to zrobiłem. Może dlatego, że ikonka była czerwona i rzucała się w oczy.
Pierwszy tydzień był do bani. Przegrałem jakieś dwieście złotych, w sumie drobne, ale dla faceta na rencie to obiad na tydzień. Złościłem się. Nie na kasyno, tylko na siebie. Bo jak można być tak naiwnym, żeby myśleć, że akurat ty trafisz w dziesiątkę? Pamiętam, że siedziałem wtedy przy kuchennym stole, telefon położony płasko na blacie, bo trzęsą mi się ręce. Nie zawsze, ale jak jestem zdenerwowany, to tak mam. I pomyślałem wtedy: „Albo to odpuszczasz, albo uczysz się grać jak profesjonalista”.
Wybrałem to drugie.
Zacząłem czytać. Regulaminy, statystyki, strategie obstawiania. Ktoś pisał, że automaty to ruletka, że nie da się ich oszukać. Ale ja nie chciałem oszukiwać. Chciałem zrozumieć, jak oddychają. I wiesz co? To jak patrzenie na fale. Najpierw widzisz tylko chaos, a potem zaczynasz łapać rytm. Po trzech tygodniach wygrałem pierwsze pięćset złotych. Stało się to w środku nocy. Nie mogłem spać, bo ból fantomowy nie dawał mi zasnąć. Kręgosłup już nie boli, ale nogi? Nóg nie ma, a czuję, jakby mnie paliły. Włączyłem telefon, otworzyłem aplikacja vavada, wrzuciłem pięć dych i po prostu obstawiłem jakiś losowy slot. I nagle ekran zrobił się złoty. Dźwięk, który wydał telefon, obudził chyba całą klatkę. A ja siedziałem i śmiałem się sam do siebie. Pierwszy raz od miesięcy czułem, że mam kontrolę. Nad czymś.
Nie rzucisz tego od razu. Nikt nie rzuca. Miałem momenty, że łapałem się za głowę, bo przegrałem wygraną z trzech dni w dwie godziny. Wtedy robiłem przerwę. Wyłączałem powiadomienia, jechałem do kuchni, nalewałem sobie herbaty z cytryną. I myślałem: „Stary, ty nawet nie musisz wstawać z łóżka, żeby zarabiać”. I to było jak odkopanie skarbu. Bo dla kogoś, kto musi planować każdą wizytę w sklepie z tygodniowym wyprzedzeniem, taka niezależność to jest wszystko.
Dziś, po roku, mam swój system. Gram tylko rano, między piątą a siódmą. Wtedy jestem najbardziej skupiony, a serwery podob podobno mniej obciążone. Może to przesąd, może statystyka. Ale działa. Odkąd zacząłem traktować to jak zajęcie, a nie jak hazard, przestałem się bać. W zeszłym miesiącu zarobiłem na nowy fotel do wózka, z lepszym podparciem bocznym. Wcześniej mnie na to nie było stać. Nawet nie starałem się o dofinansowanie, bo wiesz, jaka to walka. Papiery, wnioski, terminy. A tu? Wpłata, obstawienie, wypłata. Kiedy pierwszy raz zobaczyłem przelew na koncie, pomyślałem, że to jakaś pomyłka. Ale to nie była pomyłka.
Mam taką zasadę: gram tylko to, co jestem gotów stracić. I nie dotykam pieniędzy, które są na rachunki. To święte. Dzięki temu kasyno nie rządzi mną, to ja rządzę sobą. I wiem, że to brzmi jak frazes, ale dopiero jak straciłeś kontrolę nad własnym ciałem, doceniasz, jak słodkie jest mieć ją nad czymkolwiek innym.
Nie opowiadam o tym wszystkim. Rodzice by się martwili. Znajomi z dawnych lat by wyśmiali. Ale to jest moja codzienność. Mój mały, cyfrowy warsztat. Czasami, gdy późną nocą słyszę, jak sąsiad z góry kłóci się z żoną o to, że wydał tysiąc złotych na wędkę, myślę sobie: „Ja wydałem tysiąc na naukę. I się opłaciło”.
Aplikacja vavada jest wciąż na moim ekranie głównym, obok komunikatora i przeglądarki. Czerwona ikonka, która przypomina mi, że życie potrafi zaskoczyć nawet wtedy, gdy utkniesz na trzecim piętrze w bloku bez windy. I nie chodzi o pieniądze. Chodzi o to, że przez godzinę dziennie nie jestem niepełnosprawnym facetem, który czeka na wizytę pielęgniarki. Jestem graczem. I całkiem niezłym, jak mi się wydaje.